„Zrobię wszystko” – dramatyczne deklaracje pacjentów
W pracy terapeuty spotykamy się z różnymi historiami, językami emocji i momentami przełomowymi. Czasami pada zdanie, które zostaje z nami na długo. „Zrobię wszystko” – mówi pacjent z rozpaczą w oczach. „Byle tylko ktoś się zlitował. Byle ktoś pomógł, bo nikt mi nie jest w stanie pomóc.”
Ten tekst wrócił do mnie dziś, kiedy robiłem porządki w szufladach. Znalazłem fragment refleksji o determinacji pacjenta do terapii napisany przez Piotra Barczaka, założyciela Ośrodka Leczenia Uzależnień w Radzimowicach i przypomniałem sobie, ile razy słyszałem podobne słowa. Słowa, które brzmią jak desperacki krzyk o ratunek, ale też – jeśli się uważnie wsłuchać – kryją w sobie pewną iluzję.
Determinacja pacjenta i wołanie o pomoc
Kiedy ktoś mówi, że zrobi wszystko, często ma na myśli: „Zrób coś za mnie”. To nie zarzut. To ludzki odruch. Bo kiedy boli, kiedy cierpienie przerasta możliwości, to naturalne, że szukamy ratunku na zewnątrz. Kogoś, kto wreszcie powie: „Wiem, jak ci pomóc. Oto instrukcja”.
Jednakże psychoterapia nie działa jak instrukcja montażu mebla. Nie mamy tu śrubek, schematów, szybkich rozwiązań. Mamy dwie osoby: pacjenta/klienta i terapeutę. Jedno jest w bólu, drugie – w towarzyszeniu. Tylko tyle i aż tyle.
Piotr Barczak napisał zdanie, które to ciekawie wyjaśnia: „To prawda, że często pacjenci, nawet z dużą determinacją, nie zdają sobie sprawy z ważnych elementów i zupełnie naturalne jest oczekiwanie, że wystarczy, że się zgłoszą, a terapeuta… wykona to za nich”. To nie zła wola, to tęsknota za wybawieniem.
Gdy determinacja pacjenta zderza się z realną zmianą
Determinacja pacjenta do terapii często zaczyna się od rozpaczy. Zdarza się, że ktoś przychodzi na terapię z autentyczną gotowością, ale kiedy padają konkretne pytania, gdy zaczynamy mówić o zmianach – o odstawieniu używek, ograniczeniu ekranów, skonfrontowaniu się z przeszłością – pojawia się opór. Nagły zwrot: „To jednak nie dla mnie” albo „Ja chyba nie dam rady”. I tu nie chodzi o lenistwo. To raczej moment konfrontacji ze starym mechanizmem: jeśli się nie da łatwo, to wracam do znanego mi schematu cierpienia. Wolę czuć ból po swojemu (po staremu), niż cierpieć w nowy sposób.
Właśnie dlatego zdanie „zrobię naprawdę wszystko” jest tak dwuznaczne. Bo czy naprawdę chcę wszystko zrobić? Czy tylko chcę, by ktoś zrobił coś za mnie?
Bezsilność jako początek zmiany

Psychoterapia zaczyna się tam, gdzie kończy się iluzja kontroli. Gdy ktoś mówi: „próbowałem wszystkiego, nic nie działa”, zaczynamy się zbliżać do prawdy. Bo w tym zdaniu jest cień rezygnacji, ale i cień gotowości. Gotowości, by nie grać już bohatera. By usiąść w prawdzie: „nie wiem, co robić”.
Barczak pisze o CCPP – Cudzie Ciężkiej Pracy Pacjenta. Nie terapeuty. Nie systemu. Pacjenta. To nie jest piękne hasło. To brzydka, codzienna, nierzadko bolesna robota: przyjść, opowiedzieć, płakać, milczeć, nie uciec, zostać w tu i teraz, skorzystać z narzędzi pomimo pustki w głowie i niechęci. Tylko tyle.
Oczekiwanie cudu i moment przebudzenia
Pacjenci czasem pytają: „A jeśli to nie zadziała? Jeśli jestem przypadkiem beznadziejnym?” Czasem chcą, żeby terapeuta zagrał rolę uzdrowiciela, cudotwórcy, aczkolwiek terapeuta nie ma różdżki. Ma za to obecność, uwagę oraz gotowość do bycia obecnym, autentycznym. I czasem tylko tyle wystarcza.
Barczak przywołuje historię, jak z pacjentem szli razem przez przestrzeń jego lęków i przekonań. Wyszli na spacer i po kilku krokach pacjent sam się zorientował, że coś się zmienia. Nie było wielkiej przemowy. Była wspólna obecność. I miejsce na to, by pacjent sam usłyszał siebie. Podobnie sprawa wygląda u nas w ośrodku. Wystarczy. nieraz, że wejdę do gabinetu, przywitam się z pacjentem, usiądę w fotelu, zadam jedno pytanie i na koniec podziękuję za wizytę a pacjent zapytany oto jak było na recepcji odpowiada, że naprawdę czuje się zaopiekowany. To przykład pacjenta, który wie po co tu przyszedł. Dostraja się do energii terapeuty, który jeśli jest w sobie osadzony i ma w sobie ten spokój, to jest najlepszym lekarstwem dla swojego pacjenta.
Determinacja pacjenta a trudne emocje – wróg czy kompas?
Kiedy przychodzą trudne emocje – lęk, złość, wstyd – wielu pacjentów mówi: „Nie chcę tego czuć”. I znów wraca stare pytanie: czy chcę się zmienić, czy chcę, by ktoś mnie zmienił? Emocje są jak fala – jeśli próbujesz ją zatrzymać, zostaniesz zalany. Jeśli nauczysz się na niej pływać – zyskasz nową wolność.
Terapia to nie oswajanie się z komfortem. To nauka życia w niewygodzie. W niepewności. W uczuciach, które od lat spychałem pod dywan. Barczak przypomina: uczucia nie są ani dobre, ani złe. Są kompasem. Gdy się ich słuchamy – prowadzą. Gdy się ich boimy – blokują.
Przeszłość, której nie trzeba się bać
Czasem pacjenci mówią: „Chciałbym zapomnieć wszystko, co było”. Ale przeszłość to nie coś, co się usuwa. To coś, co się rozumie. Jak korzenie drzewa. Jeśli są chore – trzeba je oczyścić, nie odcinać. Drzewo z odciętymi korzeniami usycha. A terapia to proces przesadzania drzewa. Czasem boli. Czasem trwa. Ale bez tego nie wyrośnie nic nowego.
Duchowość jako źródło siły
Barczak pisze o rozwoju duchowym terapeutów. Nie jako obowiązku, ale jako przestrzeni, w której można odnaleźć siłę. I choć choroby są bezwyznaniowe, to pytania egzystencjalne często dotykają duszy. Kim jestem? Po co żyję? Co ma dla mnie znaczenie?
Pacjent, który szuka sensu, często potrzebuje nie tylko rozwiązania problemu, ale odpowiedzi na pytanie: „czy jestem wart ratunku?” A to pytanie nie jest intelektualne. To pytanie z głębi serca. I tylko ktoś, kto sam je sobie zadał, może towarzyszyć bez oceny.
„Zrobię wszystko” – ale co to znaczy?
Wielu naszych pacjentów przychodzi z głęboką rozpaczą. Mówią, że zrobią wszystko, ale nie wiedzą, co to znaczy. I tu zaczyna się proces. Słowo „wszystko” to może oznaczać: usiąść w milczeniu. A może jednak to znaczy: powiedzieć „boję się”. Może to znaczy: zostać, kiedy najchętniej bym uciekł.
Niektórzy naprawdę muszą jeszcze wiele wycierpieć, wiele stracić, żeby poddać się, powiedzieć „nie dam rady”, i dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa zmiana. Nie w momencie deklaracji. Ale w momencie kapitulacji.
Niektórzy terapeuci mówią: „Dopóki pacjent nie ogłosi swojej bezsilności – nie możemy mu pomóc”. I jest w tym pewna prawda. Bezsilność nie jest porażką. Jest początkiem. Momentem, w którym coś w nas mówi: „Nie umiem. Potrzebuję. Proszę”.

Współczucie, które nie wyręcza
W naszym ośrodku ESC spotykamy takich pacjentów niemal codziennie. I próbujemy dawać im przestrzeń – nie gotowe odpowiedzi. Pokazujemy, że współczucie nie oznacza wyręczania. Że nie uratujemy nikogo przed nim samym. Ale możemy iść obok. Krok za krokiem.
Czasem pacjent zrozumie to od razu. Czasem potrzebuje wielu sesji, by odkryć, że „zrobię wszystko” zaczyna się od „zrobię cokolwiek”. Od pojedynczego gestu. Od jednej decyzji.
Kończąc – dla tych, którzy chcą coś usłyszeć
Ten artykuł jest dla tych, którzy być może dziś właśnie mówili: „Zrobię wszystko”. Zanim cokolwiek zrobisz – posiedź chwilę. Sprawdź, co w tobie jest żywe. Czy to prawdziwa gotowość, czy tylko strach, że już nic nie zostało.
Jeśli to strach – nie walcz z nim. Zostań z nim. Jeśli to rozpacz – przytul ją. A jeśli to początek – zrób pierwszy krok.
Nie musisz być silny. Nie musisz być gotowy. Wystarczy, że jesteś. A reszta to CCPP:
Cud Ciężkiej Pracy Pacjenta
Agata i droga przez bezsilność
Agata miała trzydzieści lat, kiedy trafiła do ośrodka. Wysoka, szczupła, z inteligentnym spojrzeniem i jeszcze bardziej przenikliwym intelektem. Mówiła pięknie o emocjach, znała teorię, potrafiła nazwać mechanizmy. Ale coś nie grało. Coś w niej było zaciśniete, jakby cały organizm uczył się terapii z książek, ale nigdy jej nie poczuł.
Przyszła z listą problemów: depresja, uzależnienie od leków, zaburzenia psychosomatyczne, relacje, które rozsypywały się jedna po drugiej. Ale największy problem tkwił głębiej: Agata była uzależniona od własnych chorób. Trzymała się ich kurczowo jak kamizelki ratunkowej. Choroba dawała jej wymówkę. Chroniła. Odsuwała oczekiwania innych. Przecież od chorego nie wymaga się tyle, co od zdrowego.
„Zrobię wszystko” – powiedziała na pierwszej sesji. „Naprawdę chcę wyzdrowieć”. Ale z czasem okazało się, że to „wszystko” ma granice. Nie potrafiła zrezygnować ze starych schematów, które znała. Nie ufała nikomu na tyle, żeby oddać kontrolę. Z czasem nawet swojego terapeutę zaczęła obwiniać oto, że nie czuje się najlepiej na grupie.
Mechanizmy, które nie odpuszczają
Mimo udziału w terapii indywidualnej i grupowej, Agata przez długi czas robiła to, co znała najlepiej: chowała się. W chorobę, w relację, w analizę. Miała chłopaka, którego używała jak parasola. Kiedy pojawiały się silne emocje, kryła się za nim. Nie potrafiła brać odpowiedzialności za siebie, za swoje decyzje, za swoje potrzeby.
Jej wewnętrzne dziecko, zranione i samotne, nie znało innego sposobu na życie poza ucieczką. Bo w domu nikt nie pokazał, jak wygląda dorosłość. Odpowiedzialność zawsze była czymś, co wiązało się z karą albo odrzuceniem. Więc lepiej było być chorym. Leżejącym. Ominąć proces. Przetrwać.
Agata znała wszystkie narzędzia. Ale ich nie stosowała. Były dla niej zbyt konfrontujące. Każde zadanie terapeutyczne, każdy kontakt z prawdą wywoływał panikę. I wtedy wracała depresja, somatyzacja, bóle, mdłości. Umysł natychmiast wysyłał sygnał: „To za dużo”. I tak znów była usprawiedliwiona. Znowu mogła nie iść dalej.
Punkt zwrotny: terapia grupowa
Wszystko zmieniło się nie przez przełom, ale przez zmęczenie. Podczas jednej z grup Agata weszła w znany sobie schemat: długie opowieści, diagnozy, analiza. Ale wtedy któraś z uczestniczek powiedziała: „Wiesz Agata, mam wrażenie że słyszę cały czas głos kogoś kto chce, żeby go podziwiano za to, jak bardzo cierpi, a nie słyszę nic na temat bezsilności wobec swojego uzależnienia. Mam wrażenie, że kręcimy się cały czas w kółko. Z jednej strony słyszę, że jesteś w tragicznej sytuacji i tak bardzo cierpisz a minut potem słyszę, że jest super i nie potrzebujesz żadnej pomocy. Nie wiem jak mogłabym Ci pomóc skoro słyszę dwa sprzeczne komunikaty”
Na sali zapadła cisza. Agata zbladła. Po raz kolejny ktoś z grupy dotknął jej iluzji. I wtedy przyszedł przełom. Nie nagły, nie spektakularny. Ale prawdziwy.
Na kolejnej sesji powiedziała: „Nie wiem, kim jestem, kiedy nie cierpię. Nie wiem, jak żyć inaczej. Ale chyba już nie chcę wracać do tego.”
To była pierwsza oznaka bezsilności. Nie jako porażka, ale jako kapitulacja przed mechanizmami czy starymi mechanizmami, strategiami obronnymi, kto®e przez lata doprowadziły ją do miejsca, w którym osiągnęła swoje dno i które przez lata wydawały się nie do ruszenia. Od tego momentu zaczęła się prawdziwa praca.
Bezsilność jako brama do zmiany
Agata zrozumiała, że dopóki będzie ufać swojemu umysłowi, będzie wracać w te same miejsca. Że bez narzędzi, bez wsparcia grupy, bez konfrontacji z własną historią – będzie tylko odgrywać tę samą opowieść o cierpieniu. Wchodząc w rolę ofiary nadal będzie zmieniając kontekst, ludzi, terapie, ale nie zmieniając siebie.
Choć upłynęło od tamtej sesji ponad 6 miesięcy, Agata nadal chodzi na terapię. Nadal czasem wraca do starych myśli. Ale nie ucieka. Uczy się ufać procesowi. Nie obiecuje już „zrobię wszystko”. Mówi raczej: „Zrobię to, co mogę. Dziś. I to wystarczy”.
I może właśnie o to chodzi. Nie o spektakularną przemianę. Ale o powolne odzyskiwanie siebie. Przez bezsilność, prawdę, a także przez rezygnację z walki z tym, co już nie działa.
Mechanizmy działają nadal. Ale to już nie one mają Agatę. To ona zaczyna mieć władze nad swoim życiem.




































