ABC Emocji – Smutek. Uczucie, które wyłącza nas z życia… i jednocześnie coś przywraca.

Kobieta uciekająca od smutku w telefon i cyfrowe bodźce (scrollowanie, gry). Wizualizacja unikania emocji.

Są takie dni, w których po prostu zapadasz się do środka. Nie masz sił rano podnieść kołdry, bo wydaje się, że jest ona ciężka jak wieko trumny. Wstanie z łóżka graniczy z cudem. Jakby świat robił się zbyt głośny, zagrażający i zbyt męczący, a jedyną sensowną przestrzenią była ta symboliczna „jaskinia”. Ciemna, cicha, bez przerażającego zimna. Miejsce, gdzie można się na chwilę zakopać i zatrzymać czas w nic nierobieniu.

Dziś mam wrażenie, że boję się tam wejść bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Tak jakby smutek stał się emocją podejrzaną. Niepożądaną. Odbieraną jako problem, którego trzeba się jak najszybciej pozbyć, a nie proces, który prowadzi do zmiany.

Dlaczego smutek tak nas przeraża?

Znam wielu ludzi, którzy mówią mi: „Przecież wszystko w moim życiu jest w porządku, skąd ten smutek? Powinna być radość i zadowolenie, tyle w życiu udało mi się osiągnąć”. Zwykle odpowiadam im wtedy pytaniem: „A co próbujesz nieświadomie ominąć? Z jaką stratą nie chcesz się do końca pogodzić?”

Smutek prawie nigdy nie jest przypadkowy. Często jest jedynym śladem po czymś, czego nie dopuszczamy do świadomości.

Cena, jaką płacimy za unikanie straty

W procesie terapii widzę to szczególnie wyraźnie. Wiele historii pokazuje, że od dziecka byliśmy uczeni, że smutek się nie opłaca. Że trzeba się wziąć w garść, uśmiechać, zacisnąć zęby i pokazać, że nie jesteśmy mazgajami. Racjonalizacje przychodzą łatwo: „nic się przecież takiego nie stało”, „to nie było takie ważne”, „życie idzie dalej”. Serce jednak wie swoje. To, czego nie przeżyliśmy w pełnej otwartości, z czasem do nas wraca.

Czasem dopiero smutek zatrzymuje nas na tyle mocno, byśmy zobaczyli, że coś naprawdę się skończyło lub zniknęło: relacja, możliwości, witalność, młodość, zdrowie, szansa. I że teraz jest czas na zatrzymanie się, uświadomienie sobie wartości tej straty i stworzenie bezpiecznych warunków, żeby pogodzić się z tą stratą i to opłakać, żeby móc ruszyć dalej.

Męska twarz smutku

W pracy z mężczyznami widzę inną warstwę tej historii. Wielu wciąż nosi w sobie przekaz: „nie płacz, to mężczyźnie nie przystoi”.

Męski smutek często pojawia się w samotności i wstydzie. Bez świadków. Mężczyzna, który traci grunt pod nogami, nie ma w zwyczaju krzyczeć o pomoc. Raczej zamyka się w sobie albo ucieka w pracę, używki, scrollowanie telefonu. Czasem dopiero kryzys wieku średniego zbiera to wszystko w jedną falę, której już nie sposób zatrzymać.

W ESC często trafiają do mnie mężczyźni, którzy latami funkcjonowali „na autopilocie”. Bez kontaktu ze stratami, których nazbierało się aż nadto. Ich misją było pokazywanie całemu światu, że ich życie jest niekończącym się pasmem sukcesów. A kiedy smutek w końcu ich dogonił, mają wrażenie, że coś jest z nimi nie tak. Tymczasem zwykle dzieje się pierwszy uczciwy proces w ich życiu.

Smutek jako ochrona: Ludzie, którzy „lubią” zanurzyć się w bólu

To ciekawa grupa – ludzie o wysokiej refleksyjności, często z podwyższonym poziomem lęku i mniejszą skłonnością do optymizmu. U nich smutek staje się soczewką interpretacyjną: łatwiej skupić się na tym, co nie wyszło, niż zaryzykować kolejną stratę.

Kiedyś pacjent powiedział mi zdanie, które świetnie to oddaje:

„Jeśli ciągle jestem smutny, to przynajmniej nic mnie już nie zaskoczy”.

Smutek bywa więc ochroną. Przed światem, kolejnymi ciosami. Przed ruchem naprzód.

„Pocieszanie” – czy naprawdę działa?

Żyjemy w kulturze ekspresowego pocieszania. Nikt nie ma czasu na czyjś smutek. Kiedy widzimy zapłakaną twarz, od razu chcemy „naprawić”. Tylko że smutek nie potrzebuje naprawy. Raczej przestrzeni.

Nie raz widziałem, jak szybkie rozweselanie działa odwrotnie do zamierzonego: człowiek czuje się jeszcze bardziej samotny. Bo jego doświadczenie zostaje unieważnione.

Smutek zwalnia. Odbiera energię. Wymaga zatrzymania. A współczesność nie znosi zatrzymania. Stąd nasz masowy lęk przed zanurzeniem się w tę emocję.

Kiedy smutek przeradza się w zaburzenie nastroju?

Smutek ma swoją biologię: hormony, niedobory, przewlekły stres, brak odpoczynku. Jeśli przez dłuższy czas jesteśmy wyczerpani, trudno oczekiwać od organizmu radości.

Ale są momenty, kiedy smutek przestaje być adaptacyjny. Mówimy już o depresji lub dystymii, jeśli:

  • trwa tygodniami lub miesiącami
  • odbiera możliwość działania
  • wypełnia całe pole widzenia
  • dochodzi poczucie winy, beznadziei, rezygnacyjne myśli

Nie chodzi o to, żeby „nie być smutnym”, tylko o to, czy emocja faluję, czy jest ciągłą, nieruchomą mgłą.

Jak długo trwa zdrowa żałoba?

Nasi przodkowie ustalili rok – nie bez powodu. Badania pokazują, że najintensywniejsza faza zwykle trwa od kilku tygodni do kilku miesięcy, a po około roku pojawia się więcej chwil jasności. Żałoba nie znika. Zmienia formę. Miłość zamienia się w tęsknotę. I to jest naturalne.

Jak towarzyszyć osobie w smutku?

Dlaczego smutek bywa „zaraźliwy”?

Smutny człowiek budzi w innych ich własne straty. A to niewygodne. Dlatego ludzie często odsuwają się od osób w żałobie – nie dlatego, że ich nie kochają, ale dlatego, że nie są w stanie udźwignąć konfrontacji z własnym bólem.

Co działa najlepiej?

Najprostsze rzeczy działają najlepiej:

  • Obecność i Cisza.
  • Możliwość płaczu bez wstydu.
  • Proste, codzienne wsparcie: obiad, zakupy, opieka nad dzieckiem.

Nie chodzi o to, by kogoś wyciągać ze smutku. Raczej o to, by być obok, kiedy on przechodzi przez swoją drogę.

W terapii mówię często: „Nie będę cię naprawiać. Nie jesteś zepsuty. Przechodzisz proces”. Czasem dopiero takie zdanie otwiera przestrzeń na oddech.

A jak „lepiej przeżywać smutek”?

Nie da się przeżyć smutku „ładniej” czy „sprawniej”. Możemy natomiast przeżyć go bardziej świadomie. Uznać, że boli. Zauważyć, co chce nam pokazać. I nie uciekać w alkohol, seriale, scrollowanie czy pracę. Bolesny moment jest jednocześnie początkiem czegoś nowego.

Marek: Mężczyzna na zakręcie (historia pacjenta ESC)

Kiedy pierwszy raz wszedł do naszego ośrodka, zrobił to tak, jak wchodzi się do obcego domu, w którym nie chce się nikogo obudzić. Nazywał się Marek. Czterdzieści dwa lata. Właściciel dobrze prosperującej firmy technologicznej. Mężczyzna, który w oczach wielu był przykładem sukcesu.

Usiadł naprzeciwko mnie, ale w pewnym sensie był nieobecny. Jak ktoś, kto przyszedł, bo już nie wie dokąd jeszcze może uciec.

Ucieczka w autopilota i ekrany

Marek przez wiele lat żył w trybie, który w świecie biznesu nazywa się „wysoką gotowością”. Telefon pod ręką, kalendarz wypełniony, laptop nigdy nie wyłączony. A wieczorami… Uciekał w ekran. W pracę, która wciągała jak rzeka, w gry, które pozwalały na chwilę zapomnieć. W social media. Czasem również w pornografię.

– Wiem, że to nie jest normalne – powtarzał. – Ale kiedy zostaję sam, w ciszy, czuję w środku taki ciężar… jakby ktoś zamknął mnie w ciasnym pokoju bez okien.

Smutek, którego nigdy nie przeżyliśmy, zawsze wraca później w formie, którą trudno zignorować.

Konfrontacja ze stratą

Marek był avoidantem. Dorastał w domu, w którym ojciec milczał, a matka udawała, że wszystko jest dobrze. W tego typu domach dzieci uczą się dwóch rzeczy: jak nie czuć i jak nie mówić.

Z Markiem zaczęliśmy od czegoś, co dla wielu jest najtrudniejsze – od zatrzymania. Uczył się oddychać wolniej. Pić kawę tak, żeby czuć jej smak. Siedzieć przy oknie i pozwolić myślom płynąć, nie uciekając od nich.

– To dziwne – powiedział któregoś dnia. – Nigdy wcześniej nie widziałem, że jesień w Warszawie ma tyle kolorów. Zawsze byłem w tym czasie w biurze albo w samolocie.

Zaczął odzyskiwać kontakt z ciałem i z emocjami, które najpierw bolały, ale później zaczęły go prowadzić.

Powrót do siebie

Marek zrozumiał, że jego problemem nie były ekrany, lecz samotność. Nie praca, lecz brak miejsca, do którego mógłby wracać. Nie kobiety, lecz lęk przed własną wrażliwością.

– Myślałem, że smutek mnie zniszczy – powiedział kiedyś. – A on mnie po prostu zatrzymał. I pokazał… że chcę żyć inaczej.

Marek zaczął mówić o tym, że chciałby założyć rodzinę, kogoś kochać i mieć dom, w którym nie ma ciągłego napięcia, tylko „normalny spokój”.

Patrzył w jesienny widok i miał w oczach ten charakterystyczny błysk: jeszcze trochę smutku, ale już dużo więcej nadziei.

Podsumowanie i Wezwanie do Działania

Smutek nas nie niszczy. On nas zatrzymuje. Pytanie brzmi: kiedy Ty pozwolisz sobie wejść do swojej jaskini?

Jeśli czujesz, że Twój smutek trwa zbyt długo lub blokuje Twoje życie – nie czekaj. Skontaktuj się z nami, aby rozpocząć proces powrotu do siebie.

Diagnoza nozologiczna uzależnienia ESC ośrodek leczenie e-uzależnień Warszawa Żoliborz psycholog, psychotraumatolog, psychoterapeuta, psychoterapia
Escape terapia uzależnień
Terapia grupowa Escape

Zobacz pozostałe:

Kobieta otrzymuje wsparcie i uścisk w grupie terapeutycznej. To symbol nadziei i postępu i determinacja.

Determinacja pacjenta – iluzja czy początek terapii?

Zdarza się, że ktoś przychodzi na terapię z autentyczną rozpaczą. Jest gotów „zrobić naprawdę wszystko”. Kiedy jednak padają konkretne pytania, gdy zaczynamy mówić o zmianach – o odstawieniu używek, ograniczeniu ekranów, skonfrontowaniu się z przeszłością – pojawia się opór.

Czytaj więcej

Trauma a e-uzależnienie

Traumy może doświadczyć osoba, która zetknęła się ze śmiercią, groźbą śmierci, różnymi zagrożeniami obrażeń ciała lub wystąpieniem takiego obrażenia, doświadczyła nadużycia seksualnego lub była zagrożona takim nadużyciem.

Czytaj więcej
Depresja a e-uzależnienia wskazówki ESC ośrodek leczenie e-uzależnień Warszawa Żoliborz

Depresja & e-uzależnieni@

Od czasu pandemii wiele osób spędza większość swojej aktywności przed ekranami urządzeń elektronicznych, co zmienia dotychczasowy charakter aktywności. Czy taki tryb życia możemy nazwać już e-uzależnieniem?

Czytaj więcej

Zobacz wszystkie
wpisy na blogu