Autor: Radosław Helwich – terapeuta e-uzależnień, założyciel ośrodka ESC
Czy żyję faktami, czy historią o faktach?
Wyobraź sobie, że budzisz się rano. Pamiętasz swoje imię, adres i datę urodzenia. Rozpoznajesz twarze najbliższych. Potrafisz prowadzić samochód i zrobić kawę.
Jednak zniknęło coś znacznie ważniejszego.
Nie pamiętasz, dlaczego wybrałeś swój zawód. Nie wiesz tak naprawdę, dlaczego zakochałeś się właśnie w tej osobie. Nie pamiętasz swoich porażek, zwycięstw ani momentów, które ukształtowały Twoje życie.
Kim zatem jesteś?
To pytanie od wielu lat fascynuje filozofów, psychologów i terapeutów. Być może nie żyję samymi wydarzeniami. Być może żyje historią, którą o tych wydarzeniach opowiadam.
Ta historia staje się moim wewnętrznym mitem.
Czym właściwie jest mit?
Kiedy słyszę słowo mit, niemal automatycznie myślę o czymś nieprawdziwym. W języku potocznym mówimy przecież: „To tylko mit”, mając na myśli fałszywe przekonanie albo legendę, którą dawno obaliła nauka. To znaczenie jest jednak stosunkowo nowe. Przez większą część historii ludzkości mit nie był przeciwieństwem prawdy. Był próbą jej uchwycenia.
Wyobraźmy sobie siebie sprzed kilku tysięcy lat. Rodzi nam się dziecko. Kilka miesięcy później dziecko umiera. Nie zna biologii, nie rozumie chorób zakaźnych ani genetyki. Widzi tylko jedno – świat, który jeszcze wczoraj wydawał się przewidywalny, nagle przestaje mieć sens.
Co wtedy robisz?
Nie zaczynasz prowadzić badań laboratoryjnych. Zaczynasz opowiadać historię.
Mówisz, że bogowie czy siła wyższa zabrała dziecko. Albo że ono tak naprawdę nie zginęło, że dusza została wezwana do innego świata. Albo że cierpienie jest częścią większego planu, którego jeszcze nie poznałeś i nie rozumiesz.
Dzisiaj łatwo spojrzeć na te opowieści z wyższością. Wiemy przecież więcej. Jesteśmy przecież dalej. Znamy medycynę, fizykę i neurobiologię. Potrafimy wyjaśnić zjawiska, które dla naszych przodków były wielką tajemnicą.
Tylko czy rzeczywiście rozwiązaliśmy najważniejszy problem?
Nauka potrafi powiedzieć, dlaczego serce przestało bić. Nie odpowie jednak na pytanie, dlaczego po tej stracie miałbym wstać następnego dnia z łóżka i dalej żyć. Potrafi wyjaśnić mechanizm traumy, ale nie odpowie, jakie znaczenie ta trauma będzie miała dla mojego życia. Nie powie, czy cierpienie może stać się początkiem dojrzewania. Nie odpowie, czy przebaczenie ma sens. Nie odpowie, dlaczego jedni ludzie po tragedii zamykają się w sobie, a inni odkrywają w sobie siłę, o której wcześniej nie mieli pojęcia. I właśnie tutaj zaczyna się mit.
Rollo May zauważył coś niezwykle ważnego. Człowiek nie potrzebuje mitu dlatego, że jest nieracjonalny. Potrzebuje go dlatego, że samo poznanie faktów nie wystarcza do życia. Fakty odpowiadają na pytanie: „Co się wydarzyło?” Mit próbuje odpowiedzieć na pytanie: „Co to znaczy dla mnie?” To ogromna różnica.
Jeżeli lekarz powie mi, że mam złamaną rękę, otrzymuję fakt. Jeżeli jednak zapytam: „Dlaczego właśnie teraz, kiedy miałem rozpocząć najważniejszy projekt swojego życia?”, medycyna milknie. W tym miejscu zaczynam budować opowieść.
Mogę uznać, że los jest przeciwko mnie. Mogę dojść do wniosku, że to kara. Mogę potraktować to jako przypadek. Mogę też zobaczyć w tym szansę na zatrzymanie się po latach życia w nieustannym biegu.
To samo wydarzenie. Cztery różne mity. Cztery różne sposoby przeżywania rzeczywistości.
I być może właśnie dlatego Rollo May pisał, że największym kryzysem współczesnego człowieka nie jest brak informacji. Nigdy wcześniej nie mieliśmy do nich tak łatwego dostępu. Kryzysem jest brak opowieści, która pozwala te informacje połączyć w sensowną całość.
Każdy z nas żyje we własnym micie
Polski psychoterapeuta Zygfryd Klaus, z którym miałem przywilej osobiście pracować, rozwijał myśl, że każdy z nas tworzy własny mit. Nie chodzi o fantazję ani zmyśloną historię. Chodzi o sposób interpretowania własnego życia. Dwoje ludzi może przeżyć dokładnie to samo wydarzenie. Jedno powie:
„To doświadczenie mnie złamało.”
Drugie powie:
„To doświadczenie nauczyło mnie odwagi.”
Fakty pozostają identyczne. Zmienia się jedynie opowieść. A wraz z nią zmienia się całe życie.
Czy uzależnienie zaczyna się od substancji?
Przez wszystkie lata pracy z osobami uzależnionymi coraz częściej łapię się na pewnej refleksji. Kiedy ktoś po raz pierwszy przekracza próg mojego gabinetu, rzadko mam poczucie, że przyszedł wyłącznie z problemem alkoholu, telefonu, pornografii, hazardu czy mediów społecznościowych. Mam raczej wrażenie, że te zachowania są ostatnim rozdziałem historii, która zaczęła się znacznie wcześniej.
Zanim pojawiło się uzależnienie, zwykle słyszę zdania brzmiące zaskakująco podobnie, choć wypowiadane przez zupełnie różnych ludzi.
- „Nie jestem wystarczająco dobry.”
- „Nikt mnie naprawdę nie pokocha.”
- „Muszę zasłużyć na akceptację.”
- „Dopiero w Internecie mogę być sobą.”
- „Bez telefonu zostaję zupełnie sam.”
Zaczynam się wtedy zastanawiać, czy są to jedynie pojedyncze myśli. Z mojego doświadczenia wynika, że z biegiem lat potrafią stać się czymś znacznie większym. Powtarzane setki, a czasem tysiące razy, przestają być komentarzem do rzeczywistości. Zaczynają ją tworzyć.
W pewnym momencie przyłapuję się na tym, że nie mówię już: „mam takie przekonanie”. Coraz częściej mówię, że: „taki po prostu jestem”.
To subtelna, ale ogromna różnica.
Kiedy przekonanie staje się częścią tożsamości, zaczyna wpływać na sposób przeżywania relacji, podejmowania decyzji i interpretowania kolejnych doświadczeń. Zdarza się, że każda nowa sytuacja staje się dowodem potwierdzającym historię, którą od dawna odpowiadam sam sobie.
Im dłużej pracuję jako terapeuta, tym częściej odnoszę wrażenie, że uzależnienie bywa próbą ucieczki nie tyle od rzeczywistości, ile od opowieści, w którą uwierzyłem dawno, dawno temu. Opowieści, która czasami zaczęła powstawać w dzieciństwie. Najpierw była wypowiadana przez ważnych dorosłych, później została przejęta przez wewnętrzny dialog, aż w końcu zaczęła brzmieć jak mój własny głos.
W tym miejscu przypomina mi się sposób patrzenia Zygfryda Klausa, twórcy polskiej mitoterapii. Klaus nie traktował mitu jako starożytnej legendy ani fantastycznej opowieści. Rozumiał go raczej jako strukturę znaczeń, według której człowiek organizuje własne życie. Interesowało go nie tylko to, co wydarzyło się w przeszłości, ale przede wszystkim jakie znaczenie nadałem temu doświadczeniu i jaką opowieść zbudowałem wokół niego.
To podejście bardzo do mnie przemawia. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że dwie osoby mogą przeżyć niemal identyczne wydarzenia, a mimo to stworzyć dwa zupełnie różne mity o sobie. Jedna dojdzie do przekonania: „jestem niewart miłości”. Druga powie: „wiem, jak bardzo boli odrzucenie, dlatego chcę budować relacje inaczej niż moi rodzice”. Fakty pozostają podobne. Zmienia się znaczenie, jakie im przypisuję.
Być może właśnie dlatego terapia nie zawsze polega na zmianie przeszłości – bo tej zmienić nie możemy. Znacznie częściej przypomina wspólne przyglądanie się historii, którą nosimy w sobie od lat. Czasem po raz pierwszy odkrywam, że niektóre zdania, które uznawałem za opis rzeczywistości, jest jedynie interpretacją wydarzeń. A skoro zostały stworzone, być może mogą również zostać przepisane.
Terapia nie zmienia przeszłości. Zmienia znaczenie, jakie jej nadaję.
Przez długi czas wydawało mi się, że największym ciężarem, jaki niosę przez życie, jest bolesne doświadczenie nieudanego dzieciństwa. Dopiero wieloletnia praca terapeutyczna zaczęła pokazywać mi, że sprawa jest znacznie bardziej złożona. Przeszłości nie mogę zmienić. Nie cofnę też przecież czasu. Nie sprawię, że trudne dzieciństwo stanie się szczęśliwe, że rodzice nagle zaczną zachowywać się inaczej albo że bolesne słowa nigdy nie padły i mnie nie zraniły.
Nie jestem również zwolennikiem udawania, że nic się nie wydarzyło. Spotykam czasem przekaz rozwojowy zachęcający do „myślenia pozytywnego” czy „odcinania się od przeszłości”. Mnie osobiście takie podejście nigdy nie przekonywało. Blizna nie znika tylko dlatego, że przestaniemy na nią spoglądać. Z biegiem lat coraz częściej odnoszę jednak wrażenie, że pomiędzy wydarzeniem a cierpieniem istnieje jeszcze jeden niezwykle ważny element.
Znaczenie.
To właśnie ono sprawia, że dwie osoby po podobnych doświadczeniach potrafią zbudować zupełnie różne życie. Wyobrażam sobie dziewczynkę, która dorastała z ojcem nadużywającym alkoholu. Jako dorosła kobieta może myśleć i mieć takie przekonanie: „Skoro własny ojciec mnie nie chronił, to znaczy, że nie zasługuję na miłość.”
Ale równie dobrze może dojść do zupełnie innego wniosku:
„Wiem, jak bardzo boli brak bezpieczeństwa. Dlatego chcę stworzyć rodzinę, w której moje dzieci nigdy nie będą musiały się tego bać.”
Przeszłość pozostaje dokładnie taka sama. Zmienia się jedynie znaczenie, jakie zostało jej nadane. I właśnie to znaczenie zaczyna wpływać na kolejne decyzje, relacje oraz sposób patrzenia na siebie.
Coraz częściej odnoszę wrażenie, że terapia nie polega na przekonywaniu, iż moja historia była mniej bolesna, niż ją pamiętam. Byłoby to nie tylko nieskuteczne, ale również głęboko niesprawiedliwe.
Znacznie bliższe jest mi myślenie, że terapia przypomina wspólne czytanie własnej biografii. Nie po to, aby napisać ją od nowa, lecz po to, aby zauważyć miejsca, w których od lat dopisuję do faktów wnioski, których być może nigdy wcześniej nie poddałem refleksji.
Czasami zdanie: „Rodzice się rozwiedli” z biegiem lat zamienia się w: „To dlatego nie jestem wart miłości.”
„Byłem wyśmiewany w szkole” staje się: „Lepiej się nie wychylać.”
„Partner mnie zdradził” przeobraża się w przekonanie: „Nikomu już nie można ufać.”
Kiedy słucham takich historii, coraz częściej zadaję sobie pytanie, które również sam próbuję sobie stawiać.
Czy to jest fakt, czy znaczenie, które nadałem temu faktowi?
To jedno z najtrudniejszych pytań, jakie znam. Jednocześnie mam poczucie, że potrafi otworzyć zupełnie nową perspektywę.
Bo być może największym źródłem cierpienia nie zawsze jest samo doświadczenie.
Być może jest nim historia, którą od wielu lat opowiadam sobie na temat tego doświadczenia.
I być może właśnie tutaj zaczyna się zdrowienie.
Nie wtedy, gdy zapominam o przeszłości.
Ale wtedy, gdy odzyskuję wolność, by spojrzeć na nią z szerszej perspektywy i świadomie zdecydować, jakie znaczenie chcę nadać jej w dalszym ciągu mojego życia.
Dlaczego pisanie pomaga lepiej zrozumieć siebie?
Kiedy kilka lat temu zacząłem prowadzić biblioterapię, wydawało mi się, że jej największą wartością będzie kontakt z dobrą literaturą. Wyobrażałem sobie, że odpowiednio dobrana książka potrafi uruchomić refleksję, dać nadzieję albo pokazać nowe spojrzenie na własne życie.
Dzisiaj mam poczucie, że książki są dopiero początkiem tej drogi.
Coraz częściej obserwuję, że najciekawsze rzeczy zaczynają się dziać wtedy, kiedy sam siadam przed pustą kartką. To zaskakujące doświadczenie. Przez całe życie opowiadam swoją historię. Mówię o dzieciństwie, rodzicach, partnerach, sukcesach i porażkach. Wydaje się, że doskonale ją znam. A jednak wystarczy spróbować napisać kilka stron własnej biografii, aby odkryć, jak wiele rzeczy było dotąd jedynie rozproszonym obrazami, emocjami lub urywkami wspomnień.
Pisanie wymusza na mnie zatrzymanie. Nie pozwala przeskoczyć nad trudnym fragmentem jednym zdaniem. Zaprasza do zadawania pytań, których wcześniej być może w ogóle sobie nie stawiałem. Co wtedy naprawdę czułem? Czego najbardziej się bałem? Za czym tęskniłem? Dlaczego właśnie ten moment pamiętam tak wyraźnie, a o wielu innych nic nie mogę sobie przypomnieć?
Z mojego doświadczenia wynika, że bardzo rzadko zapisuję w swojej głowie wyłącznie fakty. Pisząc, niemal nieświadomie zaczynam odsłaniać sposób, w jaki postrzegam i rozumiem własne życie. To właśnie pomiędzy kolejnymi zdaniami pojawiają się moje przekonania, wartości, lęki i nadzieje, których wcześniej nie potrafiłem nawet nazwać. Czasami mam wrażenie, że z tego pisania powstaje wyraźna intencja czy modlitwa.
Czysta kartka papieru staje się bezpiecznym miejscem i cierpliwym słuchaczem. Nawet wtedy kiedy w trudnych emocjach wyrażam się niezgodnie z zasadami bezpiecznej konwersacji. Nie ocenia. Nie przerywa. Nie podpowiada gotowych rozwiązań. Pozwala spokojnie zobaczyć własne myśli w takiej formie, w jakiej naprawdę istnieją. Staje się moim empatycznym słuchaczem.
Być może właśnie dlatego od wieków ludzie prowadzili pamiętniki, pisali listy, autobiografie i książki. Oczywiście część z nich chciała zostawić po sobie ślad. Coraz częściej myślę jednak, że wielu autorów pisało przede wszystkim po to, aby zrozumieć samych siebie. Było w tym tak wiele korzyści, że dziś uznają to za jedną ze skuteczniejszych metod terapii.
Pisanie nie zmienia wydarzeń. Zmienia sposób, w jaki zaczynam je widzieć. I być może właśnie dlatego tak często staje się ważnym elementem procesu zdrowienia.
Biblioterapia to spotkanie dwóch historii
Przez długi czas również ja uważałem, że biblioterapia polega przede wszystkim na dobieraniu odpowiednich książek do problemów, z którymi mierzy się pacjent. Dzisiaj widzę to znacznie szerzej. Coraz częściej myślę o biblioterapii jako o spotkaniu dwóch historii. Pierwszą historię przynosi autor. Drugą – czytelnik.
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to autor opowiada, a czytelnik jedynie słucha. Im dłużej jednak pracuję z ludźmi, tym częściej odnoszę wrażenie, że podczas lektury dzieje się coś znacznie ciekawszego. Czytam tę samą książkę. A jednak każda ze stron czyta trochę inną historię. To, na co zwracam uwagę, zależy od mojego życia, doświadczeń i pytań, z którymi właśnie się mierzę. Zdarzało mi się wracać do tej samej książki po kilku latach i mieć wrażenie, że czytam ją po raz pierwszy. Nie dlatego, że autor dopisał nowe rozdziały. Zmieniłem się ja. Czytelnik nigdy nie spotyka się wyłącznie z tekstem. Spotyka się przede wszystkim z samym sobą w teraźniejszej wersji.
Są takie cudowne chwile, które szczególnie lubię obserwować podczas biblioterapii. Ktoś nagle przerywa czytanie, odkłada książkę i przez dłuższą chwilę nic nie mówi.
Po chwili słyszę zdanie:
„Przecież to jest niemożliwe, jak ktoś może opisać coś tak dokładnie,co czuję a czego od lat nie potrafię wyrazić.”
Za każdym razem robi to na mnie ogromne wrażenie i jestem poruszony. Nie dlatego, że autor znał historię tej osoby. Najczęściej nigdy się nie spotkali. Autor potrafił kopać tak głęboko, że dotarł do istoty problemu i wtedy dopiero udało się znaleźć słowa dla doświadczenia, które okazało się uniwersalne. I właśnie wtedy literatura przestaje być zbiorem kartek. Staje się dla mnie lustrem pokazującym mnie samego.
Być może właśnie dlatego niektóre książki towarzyszą mi przez całe życie. Nie dlatego, że zawierają gotowe odpowiedzi, ale dlatego, że pomagają zadawać pytania, których wcześniej nie miałem odwagi zwerbalizować. Coraz częściej myślę, że na tym polega najgłębszy sens biblioterapii. Nie chodzi wyłącznie o przeczytanie czyjejś historii. Chodzi o to, aby dzięki niej odważyć się usłyszeć własną historię i przelać ją na papier.
Kiedy moja historia spotyka Twoją
Jest jeszcze jeden etap biblioterapii, który fascynuje mnie najbardziej. Czytanie pomaga odnaleźć siebie w historii drugiego człowieka. Pisanie pozwala odnaleźć siebie we własnej historii. Jest jednak moment, w którym dzieje się coś jeszcze. Czasami decyduję się pokazać swoją opowieść światu. Nie po to, aby przekonać innych do własnej racji. Nie po to, aby wzbudzić litość czy podziw. Nie dlatego, że uważam swoje życie za wyjątkowe. Mam raczej poczucie, że dzieje się to wtedy, gdy historia przestaje być ciężarem, a zaczyna stawać się darem. Pamiętam wiele rozmów z osobami, które zastanawiały się, czy warto opowiedzieć o swoich doświadczeniach. Pojawiały się wątpliwości.
„Kogo to będzie interesowało?”
„Przecież takich historii są tysiące.”
„A jeśli ktoś mnie oceni?”
Za każdym razem wracałem do jednej refleksji. Być może nie piszesz swojej książki dla tysięcy ludzi. Być może piszesz ją dla jednej osoby, która właśnie dzisiaj przeżywa to, co Ty przeżywałeś kilka lat temu. Jeżeli dzięki Twojej historii usiądzie na chwilę i pomyśli: „Nie jestem sam.” to być może ta książka już spełniła swoją rolę.
Od pewnego czasu dojrzewa we mnie przekonanie, że właśnie dlatego w ESC stworzyliśmy program biblioterapii oparty na pisaniu własnej książki. Nie traktuję go jako kursu kreatywnego pisania. Nie chodzi w nim o naukę budowania fabuły ani o zdobycie wydawcy. Interesuje mnie coś znacznie głębszego. Proces, w którym przez wiele miesięcy wracałem do własnej historii, porządkowałem ją i ponownie gubiąc się w moim chaosie informacji, zadając sobie wciąż pytania, których wcześniej unikałem, odkrywałem sens tych wszystkich wydarzeń, które przez lata wydawały się jedynie rozrzuconymi puzzlami, a następnie decyduję, czy chcę podzielić się tą drogą z innymi. Mam poczucie, że napisanie książki może stać się jednym z najgłębszych aktów integracji własnego życia. Dlatego, że po raz pierwszy przestaję uciekać od własnej opowieści i zaczynam ją świadomie przeżywać.
Historia, która przestaje należeć tylko do autora
Zdarza mi się zastanawiać, dlaczego niektóre książki zostają ze mną na całe życie, choć nie zawierają spektakularnych wydarzeń. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że ich siła nie tkwi w fabule. Tkwi w autentyczności. Czytelnik bardzo szybko wyczuwa, czy autor pisze po to, aby zrobić wrażenie, czy dlatego, że naprawdę chce podzielić się fragmentem własnego życia. I właśnie wtedy dzieje się coś niezwykłego. Historia przestaje należeć wyłącznie do autora. Zaczyna żyć w drugim człowieku. Ktoś czyta rozdział i nagle zatrzymuje się na jednym zdaniu. Po chwili mówi: „Ja też tak miałem.” Albo: „Nigdy wcześniej nie potrafiłem tego nazwać.” Lub: „Myślałem, że tylko ja tak czuję.”
To jedne z najpiękniejszych zdań, jakie może usłyszeć autor. Dlatego, że pokazują, iż pomiędzy dwojgiem nieznających się ludzi powstał most. Jeden człowiek odważył się opowiedzieć swoją historię. Drugi dzięki niej odnalazł własną. Coraz częściej myślę, że właśnie na tym polega najgłębszy sens biblioterapii.Na spotkaniu dwóch ludzkich historii, które pomagają sobie nawzajem lepiej zrozumieć, kim są.
Nie każdy musi napisać bestseller. Ale wierzę, że każdy człowiek zasługuje na to, by choć raz w życiu spróbować opisać własną historię. Nie po to, aby ją upiększyć. Po to, aby ją naprawdę zrozumieć. A jeśli pewnego dnia okaże się, że ta historia pomoże jeszcze komuś innemu, wtedy biblioterapia przestaje być wyłącznie procesem zdrowienia autora. Staje się początkiem procesu zdrowienia kolejnych ludzi.
A jeśli od lat opowiadam sobie historię, która nie jest całą prawdą?
Jest jedno pytanie, które od pewnego czasu coraz częściej zadaję zarówno sobie, jak i osobom, z którymi pracuję. Pojawia się ono zazwyczaj w późniejszym etapie terapii gdy ma odpowiednią ilość czasu, żeby dojrzeć. Dopiero wtedy, gdy zaczynam lepiej rozumieć własną przeszłość i zauważam, jak wiele decyzji podejmowanych jest pod wpływem moich kluczowych przekonań, których nigdy wcześniej nie kwestionowałem.
To pytanie brzmi:
A jeśli od lat opowiadam sobie historię, która nie jest całą prawdą o moim życiu?
Fakty pozostają faktami. Jeżeli doświadczyłem przemocy, odrzucenia, zdrady czy samotności, nie ma sensu udawać, że tego nie było. Nie chodzi również o zastępowanie bolesnych wspomnień optymistycznymi hasłami i koncentrowaniu się tylko na jasnej stronie swojego życia. To byłoby zaprzeczeniem rzeczywistości, a nie drogą do zdrowienia.
Interesuje mnie coś innego. Zastanawiam się, jakie znaczenie przez lata nadawałem tym wydarzeniom i czy przypadkiem nie zacząłem traktować własnej interpretacji jak niepodważalnej prawdy.
Przypominają mi się rozmowy z pacjentami, podczas których słyszę zdania wypowiadane z ogromnym przekonaniem.
„Jestem za słaby.”
„Nigdy sobie z tym nie poradzę.”
„Nie umiem budować relacji.”
Za każdym razem próbuję na chwilę zatrzymać się przy tych słowach. Ciekawi mnie droga, która doprowadziła do takiego wniosku. Bo kiedy zaczynamy wspólnie przyglądać się historii życia, czasami okazuje się, że osoba, która od lat uważa się za słabą, przez całe dzieciństwo chroniła młodsze rodzeństwo przed przemocą. Ktoś przekonany o własnej bezradności przez wiele lat samotnie utrzymywał rodzinę, mimo że każdego dnia mierzył się z lękiem. Ktoś, kto mówi o sobie, że jest przegrany, od miesięcy lub nawet lat walczy o trzeźwość, choć wcześniej wielokrotnie słyszał, że już nigdy się nie zmieni.
Nie zmieniając faktów, zmieniam jedynie punkt, z którego zaczynam na nie patrzeć. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że życie przypomina oglądanie ogromnego obrazu stojąc zaledwie kilkanaście centymetrów od płótna. Widzę pojedyncze pociągnięcia pędzla, ciemniejsze kolory, nierówności farby. Dopiero kiedy zrobię kilka kroków do tyłu, zaczynam dostrzegać kompozycję, której wcześniej nie byłem świadomy.
Mam wrażenie, że podobnie dzieje się z moją historią. Przez lata patrzyłem na pojedyncze wydarzenia, nie zauważając, że są one częścią znacznie większej całości. Biblioterapia, mitoterapia, terapia narracyjna czy zwykłe pisanie własnej historii pomagają mi właśnie zrobić ten krok lub dwa wstecz. Aby zmienić perspektywę a nie obraz, aby zobaczyć go w pełnej okazałości.
Coraz częściej myślę, że zdrowienie polega na odwadze przeczytania swojej biografij, którą już napisało życie, z większą uważnością i mniejszym pośpiechem. Czasami odkrywam wtedy, że przez wiele lat skupiałem się wyłącznie na jednym zdaniu, zapominając o wszystkich pozostałych rozdziałach tej książki.
Czy jesteś autorem swojej opowieści?

Zdaję sobie sprawę, że nie każdy napisze książkę. Nie każdy czuje potrzebę publikowania własnych doświadczeń i nie każdy odnajdzie się w roli autora. Im dłużej jednak pracuję z ludźmi, tym bardziej przekonuję się, że większość z nas, niezależnie od tego, czy kiedykolwiek coś opublikuje, nieustannie pisze historię o sobie. Robię to każdego dnia. Za każdym razem, gdy tłumaczę sobie własne decyzje. Za każdym razem, gdy próbuję zrozumieć, dlaczego spotkało mnie coś trudnego. Za każdym razem, gdy odpowiadam sobie na pytanie, kim tak naprawdę jestem.
Problem nie polega więc na tym, czy piszę własną historię. Problem polega raczej na tym, czy jestem świadomy, kto trzyma pióro lub długopis.
Czasami odnoszę wrażenie, że pierwsze rozdziały mojej opowieści zostały napisane przez rodziców, starsze rodzeństwo, nauczycieli albo ludzi, którzy pojawili się w moim życiu w bardzo ważnym początkowym momencie życia. Zdarza się, że kolejne strony dopisują bolesne doświadczenia, odrzucenie, uzależnienie czy trauma. Niektóre zdania powtarzam tak długo, że przestaję pamiętać, skąd właściwie się wzięły.
Być może właśnie dlatego terapia tak często przypomina mi wspólne czytanie starego rękopisu. Niektórzy mieliby ochotę wyrwać te stare kartki, spalić je i napisać wszystkiego od nowa. Ale czy oto chodzi? Znacznie bardziej interesuje mnie moment, w którym zatrzymuję się nad jakimś fragmentem i mówię:
„Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się, czy to zdanie rzeczywiście należy do mnie.”
To jedna z najpiękniejszych chwil w terapii. Dlatego, że pojawia się wolność zadania nowego pytania. Być może właśnie od tego zaczyna się kolejny rozdział życia. Nie od zapomnienia o przeszłości ani od przekonania siebie, że wszystko było po coś. Zaczyna się od cichej zgody na to, że ta sama historia może zostać przeczytana głębiej, uważniej i z większą życzliwością wobec samego siebie.
Na zakończenie
Kiedy zaczynaliśmy rozwijać program biblioterapii i mitoterapii w Ośrodku ESC, wydawało mi się, że będzie to przede wszystkim okazja do wspólnego czytania wartościowych książek i rozmów o doświadczeniach ich autorów. Z czasem zacząłem jednak dostrzegać coś, czego wcześniej się nie spodziewałem. Najważniejszą książką wcale nie okazywała się ta, którą przynosiliśmy na spotkanie. Najważniejszą książką stawało się życie siedzącego naprzeciwko.
To ono zawierało rozdziały pełne nadziei i rozczarowań, odwagi i lęku, strat, miłości, błędów, przebaczenia i nowych początków. Często jednak ta książka od wielu lat leżała zamknięta. Jej autor znał pojedyncze sceny, pamiętał najboleśniejsze rozdziały, ale rzadko miał okazję przeczytać ją jako całość.
Być może właśnie dlatego coraz częściej mówię, że zdrowienie nie zaczyna się w chwili, gdy przestajesz sięgać po alkohol, odkładasz telefon, włączasz komputer czy rezygnujesz z innego destrukcyjnego zachowania. To oczywiście ważny krok, ale z mojego doświadczenia wynika, że jest to dopiero początek znacznie głębszego procesu.
Prawdziwa zmiana zaczyna się wtedy, gdy pozwolisz odzyskać kontakt z własną historią. Kiedy przestajesz od niej uciekać, przestajesz ją nieustannie osądzać i znajdujesz w sobie odwagę, by spojrzeć na nią z ciekawością. Może jest wtedy pokusa, żeby usprawiedliwić wszystko, co się wydarzyło lub żeby znaleźć winnych. Ale o wiele więcej korzyści jest w zrozumieniu, jak ta historia ukształtowała sposób patrzenia na siebie, na innych ludzi i na świat.
Odnoszę wrażenie, że jest potrzebna pomoc w zmianie destrukcyjnych zachowań. Ale również potrzebujesz miejsca, w którym możesz na nowo przeczytać własne życie. Nie jako zbiór przypadkowych wydarzeń, ale jako opowieść, której sens stopniowo odsłaniasz wraz z kolejnymi rozdziałami.
Być może właśnie dlatego od tysięcy lat opowiadamy sobie historie. Mamy poczucie, że robimy to po to, aby rzeczywistość stawała się ona bardziej zrozumiała. Historia pomaga połączyć to, co wcześniej wydawało się przypadkowe. Pozwala zobaczyć związek pomiędzy przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Nadaje kierunek temu, co jeszcze przed chwilą było jedynie zbiorem rozproszonych wspomnień.
Rollo May napisał, że człowiek potrzebuje mitu, aby móc żyć. Zygfryd Klaus pokazał, że każdy z nas nosi taki mit w sobie. Biblioterapia i mitoterapia przypomina mi natomiast, że czasami najważniejszym krokiem nie jest odnalezienie nowej historii, ale odważne przeczytanie tej, którą od lat noszę w sobie.
Zadaj więc sobie na koniec pytania:
Gdybym miał kiedyś opowiedzieć komuś całe swoje życie, jaka byłaby jego główna myśl? Czy byłaby to historia o krzywdzie, której doświadczyłem? O błędach, których żałuję? O lękach, które mną kierowały? A może o drodze, dzięki której stopniowo uczyłem się rozumieć siebie i innych ludzi?
Nadal poszukuję coraz to lepszej odpowiedzi na te pytania. Mam jednak przekonanie, że warto je sobie zadawać i szukać. Być może właśnie ono sprawia, że każdego dnia dopisuję kolejny rozdział własnej książki trochę bardziej świadomie niż wczoraj.
Dziękuję za poświęcony czas i wysiłek jaki został przez Ciebie włożony w przeczytanie tego artykułu.
Jeżeli ten artykuł Cię poruszył i obudził chęć wejścia na wyższy poziom świadomości, to zapisz się na konsultację i zapewnij sobie odpowiednie wsparcie w realizacji tego etapu.
Kliknij link i dołącz do tych którzy mają odwagę spisać swoją historię:

















































