Małgorzata Helwich – Trenerka metody EFT | Arteterapeutka
Część I. Historia Asi i to, co kryje się pod brakiem granic
Każdy z nas zna sytuację, w której dopiero po zakończonej rozmowie przychodzą do głowy właściwe słowa. Wracamy samochodem do domu, idziemy ulicą albo przygotowujemy kolację i nagle w naszej głowie pojawia się gotowa odpowiedź. „Przecież mogłam powiedzieć, że mi się to nie podoba”. „Dlaczego znowu się zgodziłem?”. „Dlaczego zawsze milczę, kiedy naprawdę chciałbym coś powiedzieć?”.
To doświadczenie jest znacznie bardziej powszechne, niż mogłoby się wydawać. Wiele osób uważa, że ma problem z asertywnością. Inni mówią o braku pewności siebie. Jeszcze inni próbują nauczyć się kilku gotowych zdań, które mają pomóc w stawianiu granic. Zdarza się, że przez chwilę przynosi to ulgę, jednak w najważniejszych momentach organizm ponownie reaguje po staremu. Zamiast spokojnie wyrazić swoje zdanie, pojawia się napięcie, ścisk w gardle albo pustka w głowie.
W gabinecie terapeutycznym często okazuje się, że problem nie zaczyna się w dorosłości. Trudność z powiedzeniem „nie” bardzo rzadko jest skutkiem braku wiedzy. Znacznie częściej jest historią, która rozpoczęła się wiele lat wcześniej i przez długi czas pozostawała niezauważona.
Jedną z takich historii jest opowieść o Asi.
Oczywiście nie jest to historia jednej konkretnej osoby. Powstała z doświadczeń wielu pacjentów, z którymi miałam okazję pracować. Poszczególne wydarzenia, emocje i sytuacje zostały połączone w jedno studium przypadku, ponieważ podobne mechanizmy pojawiają się u wielu ludzi, choć każda droga do zdrowienia pozostaje niepowtarzalna.
Pierwsze spotkanie
Asia przyszła na sesję punktualnie. Uśmiechnęła się uprzejmie, usiadła w fotelu i przez chwilę obracała w dłoniach kubek z herbatą. Nie wyglądała na osobę, która przeżywa kryzys. Sprawiała raczej wrażenie spokojnej, uporządkowanej i bardzo uważnej. Dopiero po kilku minutach ciszy powiedziała zdanie, które słyszę w gabinecie wyjątkowo często:
– Nie wiem, czy mój problem jest wystarczająco ważny.
To zdanie zawsze zatrzymuje mnie na chwilę. Nie dlatego, że zaskakuje. Przeciwnie. Jest dobrze znane. Bardzo wiele osób przez lata uczyło się, że ich potrzeby powinny zajmować ostatnie miejsce. Kiedy w końcu trafiają do terapeuty, nadal zastanawiają się, czy mają prawo mówić o sobie.
Poprosiłam Asię, żeby opowiedziała o tym, co skłoniło ją do umówienia spotkania.
Przez chwilę szukała odpowiednich słów.
– Mam przyjaciółkę… Bardzo ją lubię. Jest inteligentna, dowcipna, zawsze mogę na nią liczyć. Jest tylko jedna rzecz, z którą sobie nie radzę. Kiedy się spotykamy, bardzo często zaczyna krytykować innych ludzi. Potrafi mówić o nich z pogardą. Wyśmiewa ich, ocenia, komentuje. Za każdym razem czuję, że coś jest nie w porządku, ale nie potrafię nic powiedzieć.
Zamilkła.
– Co wtedy dzieje się w Tobie? – zapytałam.
– Czuję ścisk w brzuchu. Jakbym chciała coś powiedzieć, ale nie mogła. Siedzę, słucham i tylko kiwam głową. A później wracam do domu i jestem zła na siebie.
Nie na przyjaciółkę.
Na siebie.
To bardzo charakterystyczny moment. Człowiek, którego granice są regularnie przekraczane, niezwykle często kieruje całą frustrację do środka. Zamiast zastanawiać się, dlaczego druga osoba zachowuje się w określony sposób, zaczyna pytać: „Co jest ze mną nie tak?”.
Cisza też ma swoją historię
Podczas pierwszych spotkań terapeutycznych nie szukamy szybkich rozwiązań. Nie zależy mi na tym, żeby pacjent wyszedł z gabinetu z listą gotowych komunikatów. Znacznie ważniejsze jest zrozumienie, skąd bierze się dana reakcja. Dopiero wtedy można zacząć szukać nowych sposobów radzenia sobie.
Zapytałam Asię, czy pamięta sytuacje z dzieciństwa, w których podobnie bała się powiedzieć, co naprawdę myśli.
Spojrzała gdzieś za moje ramię.
– Mama była bardzo krytyczna.
To było pierwsze zdanie.
Później pojawiły się kolejne wspomnienia. Mama często porównywała ją z innymi dziećmi. Zwracała uwagę na błędy, rzadko zauważała wysiłek. Kiedy Asia próbowała tłumaczyć swoje zachowanie albo mówiła o swoich uczuciach, słyszała, że przesadza, dramatyzuje albo jest zbyt wrażliwa.
Dziecko nie analizuje takich sytuacji. Nie zastanawia się, czy sposób komunikacji rodzica jest właściwy. Próbuje przede wszystkim utrzymać więź z najważniejszą osobą w swoim życiu. Jeśli wielokrotnie doświadcza krytyki, zaczyna dostosowywać swoje zachowanie do tego, co daje największą szansę na uniknięcie bólu.
Tak rodzą się strategie przetrwania.
Jedni uczą się być niewidzialni.
Inni stają się perfekcyjni.
Jeszcze inni próbują zadowolić wszystkich wokół.
Z perspektywy dorosłego człowieka może to wydawać się niepotrzebne. Dla dziecka jest jednak najlepszym rozwiązaniem, jakie potrafi znaleźć.
Kiedy strategia przestaje pomagać
Podczas kolejnych minut rozmowy Asia zaczęła dostrzegać coś, czego wcześniej nie zauważała. Milczenie, które przez lata pomagało jej unikać konfliktów, przestało pełnić swoją pierwotną funkcję. Owszem, nadal chroniło ją przed chwilowym napięciem, ale jednocześnie odbierało możliwość bycia sobą.
Zapytałam ją:
– Co próbujesz chronić, kiedy nic nie mówisz?
Odpowiedziała niemal od razu.
– Relację.
Po chwili jednak zamilkła i pokręciła głową.
– Nie… Chyba nie relację. Chyba siebie. Boję się, że jeśli się odezwę, ktoś przestanie mnie lubić.
To zdanie zmieniło kierunek naszej rozmowy.
Nagle okazało się, że problemem nie jest przyjaciółka. Nie jest nim również brak odwagi. Prawdziwe pytanie brzmiało inaczej.
Dlaczego wyrażenie własnego zdania jest odbierane przez organizm jak zagrożenie?
To pytanie prowadzi nas znacznie głębiej niż wszystkie techniki komunikacyjne.
Potrzeby, których przez lata nie było widać
W terapii bardzo często rozmawiamy o potrzebach. Nie dlatego, że są modne, ale dlatego, że człowiek, który nie zna własnych potrzeb, ma ogromną trudność z wyznaczaniem granic.
Podczas rozmowy Asia zaczęła nazywać to, czego tak naprawdę pragnęła w relacjach z innymi ludźmi. Chciała czuć szacunek. Potrzebowała bezpieczeństwa. Marzyła o relacjach, w których można mieć odmienne zdanie, nie ryzykując utraty bliskości.
Kiedy wypowiadała te słowa, zauważyła coś jeszcze.
Nigdy wcześniej nie zastanawiała się nad tym, czy jej codzienne zachowania rzeczywiście prowadzą do zaspokojenia tych potrzeb.
Milczenie miało dawać bezpieczeństwo.
Czy rzeczywiście je dawało?
Dostosowywanie się miało chronić relacje.
Czy budowało bliskość opartą na autentyczności?
Branie odpowiedzialności za emocje innych miało zapewniać spokój.
Czy rzeczywiście przynosiło spokój?
Te pytania nie służą temu, żeby ocenić przeszłość. One pomagają zobaczyć różnicę między potrzebą a strategią.
Potrzeba bezpieczeństwa nie jest problemem.
Potrzeba akceptacji również nie.
Problem pojawia się wtedy, gdy jedyną znaną strategią ich zaspokajania staje się rezygnacja z samego siebie.
Dlaczego sama wiedza nie wystarcza?
Pod koniec spotkania Asia powiedziała coś, co słyszę bardzo często.
– Przecież ja to wszystko wiem.
Rzeczywiście wiedziała. Czytała książki o asertywności. Słuchała podcastów. Potrafiła nawet doradzać innym. Mimo to w najważniejszych momentach organizm reagował szybciej niż świadome myślenie.
To właśnie wtedy wyjaśniłam jej, że wiedza i reakcja układu nerwowego to dwie różne rzeczy. Możemy doskonale rozumieć, jak chcielibyśmy się zachować, a mimo to nasze ciało wybierze dawną strategię, bo kiedyś uratowała nas przed cierpieniem.
To nie oznacza, że jesteśmy słabi.
Nie oznacza również, że brakuje nam motywacji.
Oznacza jedynie, że organizm wciąż próbuje chronić nas przed bólem, który kiedyś był bardzo realny.
Na kolejnych spotkaniach miałyśmy przyjrzeć się temu bliżej. Dopiero wtedy mogłyśmy rozpocząć pracę nad przygotowaniem rundki EFT – nie jako gotowego zestawu zdań, ale jako narzędzia stworzonego z historii, emocji i doświadczeń Asi.
Część II. Jak powstaje rundka EFT i co zmienia się wtedy, gdy zmienia się układ nerwowy
Kończąc pierwsze spotkanie, nie powiedziałam Asi, że od następnego dnia będzie potrafiła stawiać granice. Nie zaproponowałam również gotowej listy zdań, które mogłaby wykorzystać podczas rozmowy z przyjaciółką. Doświadczenie pokazuje, że takie rozwiązania działają tylko wtedy, gdy organizm jest gotowy z nich skorzystać. W przeciwnym razie stają się kolejną wiedzą, która brzmi rozsądnie, ale znika w chwili silnego napięcia.
Zanim rozpoczniemy pracę metodą EFT, staramy się dobrze zrozumieć historię pacjenta. Nie chodzi wyłącznie o to, co wydarzyło się w przeszłości. Równie ważne jest to, co dzieje się tu i teraz, kiedy opowiada o swoim problemie. W jaki sposób reaguje ciało? Jakie emocje pojawiają się jako pierwsze? Jakie myśli przychodzą automatycznie? Jakie przekonania o sobie uruchamia dana sytuacja? Dopiero z tych elementów zaczyna wyłaniać się mapa, na podstawie której można przygotować rundkę EFT.
W przypadku Asi nie pracowałyśmy nad samym wydarzeniem z przyjaciółką. Ono było jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Znacznie ważniejsze było to, co uruchamiało się w niej w tamtej chwili. Ścisk w brzuchu, napięcie w gardle, przyspieszony oddech i myśl: „Lepiej nic nie mów”. Kiedy przyglądałyśmy się temu uważniej, okazywało się, że organizm reaguje dokładnie tak samo jak wiele lat wcześniej, kiedy jako dziewczynka próbowała wyrazić swoje zdanie wobec mamy.
Pamiętam jedno z pytań, które wtedy zadałam.
– Gdyby ta mała Asia siedziała teraz obok nas, czego najbardziej by się bała?
Nie odpowiedziała od razu. Po chwili powiedziała:
– Że znowu usłyszy, że jest niewdzięczna. Że przesadza. Że powinna się zamknąć.
To był bardzo ważny moment. Nie dlatego, że odkryłyśmy coś zupełnie nowego. Ważne było to, że Asia po raz pierwszy spojrzała na swoje reakcje z życzliwością. Zamiast myśleć: „Jestem słaba”, zaczęła rozumieć, że jej organizm od wielu lat wykonuje dokładnie to, czego kiedyś się nauczył. Próbował ją chronić.
Rundka, która rodzi się z historii człowieka
Czasami spotykam osoby przekonane, że EFT polega na powtarzaniu kilku uniwersalnych zdań. W praktyce wygląda to zupełnie inaczej. Każda rundka jest tworzona indywidualnie. To trochę tak, jakby terapeuta wspólnie z pacjentem układał opowieść o jego doświadczeniach, ale opowieść, która nie zatrzymuje się na bólu. Powoli otwiera przestrzeń na nowe doświadczenie.
Dlatego zanim powstała pierwsza rundka Asi, spędziłyśmy sporo czasu na poznawaniu jej historii. Szukałyśmy sytuacji, które najmocniej zapisały się w pamięci emocjonalnej. Rozmawiałyśmy o reakcjach ciała, o myślach pojawiających się automatycznie i o przekonaniach, które przez lata wydawały się niepodważalną prawdą.
Dopiero wtedy można było zacząć układać zdania, które naprawdę były jej zdaniami.
Nie chodziło o to, żeby przekonać ją, że wszystko jest dobrze. Nie próbowałyśmy również zastępować trudnych emocji pozytywnym myśleniem. W rundce znalazło się miejsce na lęk, napięcie, bezradność i smutek. Znalazło się również miejsce na dziewczynkę, która przez wiele lat wierzyła, że miłość można utrzymać tylko wtedy, gdy rezygnuje się z własnego głosu.
Obok tych doświadczeń zaczęły pojawiać się nowe komunikaty. Nie jako hasła motywacyjne, ale jako zdania, których wcześniej w jej życiu po prostu zabrakło.
„Moje uczucia mają znaczenie.”
„Mogę się z kimś nie zgadzać i nadal pozostać dobrą osobą.”
„Nie muszę zasługiwać na szacunek. Szacunek należy mi się dlatego, że jestem człowiekiem.”
„Mam prawo zadbać o siebie.”
To nie były magiczne zaklęcia. Były zaproszeniem do tego, żeby układ nerwowy każdego dnia doświadczał czegoś, czego wcześniej nie znał.
Zmiana najpierw pojawia się w środku
Pierwsze tygodnie nie przyniosły spektakularnych zmian. Asia nadal spotykała się z przyjaciółką. Nadal zdarzały się sytuacje, które wywoływały napięcie. Różnica polegała na tym, że zaczęła uważniej obserwować siebie.
Podczas jednej z kolejnych sesji powiedziała:
– Mam wrażenie, że coś się zmienia, ale trudno mi to nazwać.
Poprosiłam, żeby opowiedziała o ostatnim spotkaniu z przyjaciółką.
– Znowu zaczęła krytykować innych ludzi. Poczułam ścisk w brzuchu, ale tym razem wydarzyło się coś dziwnego. Po chwili pomyślałam: „To nie jest w porządku”. Wcześniej od razu pojawiał się lęk. Tym razem poczułam złość.
To słowo wywołuje u wielu osób niepokój. Złość często kojarzy się z agresją albo utratą kontroli. Tymczasem w terapii bardzo często obserwujemy coś zupełnie innego. Zdrowo przeżywana złość bywa sygnałem, że człowiek zaczyna odzyskiwać kontakt ze swoimi granicami.
Lęk mówi: „Uciekaj. Nie odzywaj się. Dopasuj się.”
Zdrowa złość mówi: „To przekracza moje granice.”
To ogromna różnica.
Organizm Asi przestawał reagować tak, jakby każda różnica zdań oznaczała zagrożenie. Zaczynał rozpoznawać, że jest dorosłą kobietą, która ma wpływ na swoje decyzje.
Chwila, która zmieniła więcej, niż mogło się wydawać
Kilka tygodni później opowiedziała mi o kolejnym spotkaniu z przyjaciółką.
Rozmowa przebiegała podobnie jak wiele wcześniejszych. W pewnym momencie ponownie pojawiły się pogardliwe komentarze pod adresem innych ludzi.
Asia poczuła napięcie.
To się nie zmieniło.
Zmieniło się jednak to, co wydarzyło się chwilę później.
Nie próbowała już przekonywać siebie, że powinna być bardziej wyrozumiała. Nie szukała wymówki dla zachowania przyjaciółki. Nie prowadziła również wewnętrznej walki z własnymi emocjami.
Po prostu spokojnie powiedziała:
– Wiesz, nie czuję się dobrze, kiedy rozmawiamy o innych w taki sposób. Wolałabym zmienić temat.
To zdanie nie było ani oskarżeniem, ani próbą wychowywania drugiej osoby. Było informacją o własnych granicach.
Przyjaciółka spojrzała na nią zaskoczona.
– Nigdy wcześniej mi tego nie powiedziałaś.
Asia odpowiedziała:
– Bo sama dopiero niedawno to zrozumiałam.
Kiedy opowiadała mi tę historię, uśmiechała się.
Nie dlatego, że od tamtej pory wszystkie relacje stały się łatwe. Nie dlatego, że już nigdy nie poczuła lęku.
Uśmiechała się dlatego, że po raz pierwszy wróciła do domu bez poczucia żalu do samej siebie.
Nie prowadziła w głowie rozmowy, która powinna była wydarzyć się kilka godzin wcześniej.
Wszystkie najważniejsze słowa zostały wypowiedziane we właściwym czasie.
To nie przyjaciółka była najważniejsza
Patrząc z boku, ktoś mógłby powiedzieć, że zmiana polegała na jednym zdaniu wypowiedzianym podczas spotkania.
Ja widziałam coś zupełnie innego.
Najważniejsza zmiana wydarzyła się znacznie wcześniej.
Pojawiła się wtedy, gdy Asia przestała traktować swoje emocje jak przeciwnika. Kiedy zamiast walczyć z lękiem zaczęła go rozumieć. Kiedy zobaczyła, że jej organizm nie działa przeciwko niej, ale próbuje chronić ją w jedyny sposób, jaki przez lata znał.
To doświadczenie zmieniło również sposób, w jaki patrzyła na siebie. Coraz rzadziej mówiła o sobie: „Jestem zbyt słaba” albo „Nigdy się tego nie nauczę”. Zaczęła zauważać, że proces zdrowienia nie polega na staniu się kimś innym. Polega na odzyskaniu kontaktu z osobą, którą zawsze była, zanim nauczyła się żyć w ciągłym napięciu.
Granice nie oddzielają ludzi
Pracując z pacjentami, często spotykam się z przekonaniem, że stawianie granic prowadzi do konfliktów albo osłabia relacje. W praktyce bardzo często dzieje się coś odwrotnego.
Relacje oparte wyłącznie na dostosowywaniu się jednej strony trudno nazwać prawdziwie bliskimi. Są raczej próbą utrzymania spokoju za wszelką cenę. Kiedy człowiek zaczyna spokojnie mówić o swoich potrzebach, druga osoba ma wreszcie szansę poznać go takim, jaki naprawdę jest.
Nie każda relacja przetrwa taką zmianę.
Nie każda powinna.
Ale te, które zostają, często stają się głębsze i bardziej autentyczne.
Granice nie są murem budowanym przeciwko ludziom. Są przestrzenią, w której dwie osoby mogą spotkać się bez udawania, bez tłumienia własnych emocji i bez rezygnowania z siebie
Na zakończenie
Kiedy myślimy o zmianie, często wyobrażamy sobie spektakularny moment, w którym człowiek nagle staje się odważny, pewny siebie i całkowicie wolny od lęku. W rzeczywistości zdrowienie wygląda znacznie spokojniej.
Zaczyna się od jednej rozmowy.
Od jednego pytania.
Od jednego wspomnienia, które po raz pierwszy zostaje opowiedziane bez wstydu.
Później pojawia się większe zrozumienie siebie. Człowiek zaczyna dostrzegać, że jego reakcje nie są przypadkowe. Odkrywa, że wiele z nich było kiedyś próbą poradzenia sobie z trudną rzeczywistością.
Dopiero na tym fundamencie można budować nowe doświadczenia.
Dla jednych takim narzędziem będzie psychoterapia. Dla innych praca metodą EFT. Jeszcze inni będą korzystać z kilku metod jednocześnie. Najważniejsze nie jest jednak samo narzędzie.
Najważniejsze jest to, że z czasem człowiek przestaje żyć wyłącznie według dawnych mechanizmów obronnych. Coraz częściej podejmuje decyzje w zgodzie z własnymi wartościami, potrzebami i tym, kim naprawdę chce być.
To właśnie wtedy słowo „nie” przestaje być wyrazem sprzeciwu.
Staje się spokojnym „tak” wypowiedzianym wobec samego siebie.
Ważna informacja o historii Asi
Historia Asi została przygotowana jako studium przypadku o charakterze edukacyjnym. Zawiera elementy doświadczeń wielu pacjentów, z którymi podczas swojej pracy spotykała się Małgorzata Helwich – trenerka metody EFT i arteterapeutka współpracująca z ESC Ośrodkiem Terapii e-Uzależnień. Nie przedstawia historii jednej konkretnej osoby. Wszystkie imiona, okoliczności i szczegóły zostały zmienione lub połączone w celu zachowania pełnej anonimowości i poufności osób korzystających z pomocy terapeutycznej.
























































