Autor: Radosław Helwich – terapeuta e-uzależnień, założyciel ośrodka ESC
Wyszedłem z kina bez gniewu.
Bez zachwytu również.
Co gorsza — bez uczucia straty, że film właśnie się skończył.
A przecież z nową „Lalką” spędziłem niemal trzy godziny. To niemało. Dawniej przez taki czas można było pojechać koleją do innego miasta, zjeść obiad w Warsie, pokłócić się z żoną, pogodzić się z nią i jeszcze zdążyć zadzwonić do teściowej.
Tymczasem po spotkaniu z Wokulskim zostało mi uczucie, jakbym odwiedził bardzo bogaty dom, obejrzał wszystkie pokoje, poznał znamienitych gości, podziwiał obrazy i srebra, a wychodząc zorientował się, że właściwie z nikim nie porozmawiałem.
I chyba właśnie to jest dla mnie najciekawsze w kinowej „Lalce” z 2026 roku.
Nie tylko to, czy film jest dobry albo zły.
Bardziej interesuje mnie pytanie: co dzieje się z człowiekiem, kiedy dostaje wszystkiego bardzo dużo, a jednak czegoś ważnego nie zdąży poczuć?
Salon pełen gwiazd. Jedenastu Lewandowskich na jednym boisku
Na ekranie pojawia się gwiazda. Za chwilę następna. Potem kolejna.
Marcin Dorociński. Marek Kondrat. Andrzej Seweryn. Agata Kulesza. Krystyna Janda. Maja Komorowska. Maja Ostaszewska. Borys Szyc. Mateusz Damięcki. Karolina Gruszka. Maria Dębska.
I jeszcze następni.
Film rzeczywiście zgromadził niezwykle szeroką obsadę znanych polskich aktorów.
Patrząc na ekran, miałem chwilami wrażenie, jakby trener reprezentacji Polski postanowił wystawić na boisko jedenastu Lewandowskich.
Lewandowski na lewej obronie, Lewandowski w środku pola, Lewandowski na skrzydle. Lewandowski podaje do Lewandowskiego, który wrzuca do Lewandowskiego.
Na bramce — naturalnie — również Lewandowski.
Same gwiazdy.
Tylko komu kibicować?
Gwiazda działa najmocniej wtedy, gdy ma wokół siebie przestrzeń. Gdy widz może na chwilę zapomnieć o nazwisku aktora i zobaczyć człowieka, którego ten aktor gra.
Kiedy jednak znanych twarzy pojawia się bardzo dużo, łatwo zaczyna się swoista gra pamięciowa.
„Skąd ja go znam?”
„W czym ona ostatnio grała?”
„Ale się zmienił.”
„To naprawdę on?”
I zanim człowiek wróci do Wokulskiego, Prusowski pociąg zdążył już pojechać dalej.
„Lalka” 2026 zachwyca rozmachem. Tylko gdzie jest powietrze?
Nie sposób odmówić tej produkcji rozmachu.
Wnętrza są ciężkie, ciemne i bogate. Światło zdaje się nie tyle wpadać przez okna, ile prosić o pozwolenie, by w ogóle wejść do salonu.
Lustra wyglądają tak, jakby rzeczywiście wisiały tam od dwustu lat i przez cały ten czas nikt nie odważył się ich dokładnie umyć.
I nie piszę tego wyłącznie jako zarzutu.
Przytłumiona kolorystyka, ciężar przedmiotów, materia kostiumów i półmrok dobrze pasują do świata, który chyli się ku końcowi.
Arystokracja jeszcze siedzi przy stole. Jeszcze wydaje polecenia. Jeszcze używa właściwych sztućców.
Tylko pieniądze już się skończyły.
Po pewnym czasie zacząłem jednak tęsknić za oknem.
Za oddechem.
Za zwyczajnym światłem padającym na ludzką twarz.
Jak gdyby życie człowieka było czymś zbyt pospolitym, żeby dopuścić je do tego muzeum.
Kiedy dialog jest tak dostojny, że przestaje być żywy
Jest jeszcze język.
Dostojny. Staranny. Ułożony.
Momentami każde zdanie brzmi tak, jakby wcześniej zasięgnęło opinii guwernantki, czy aby na pewno wypada zostać wypowiedziane.
I znowu — rozumiem zamysł. Nie oczekiwałem przecież, że Wokulski wyciągnie telefon i napisze Izabeli:
„Hej, co tam?”
Pomiędzy językiem współczesnej krótkiej wiadomości a ceremonialną wymianą zdań istnieje jednak ogromna przestrzeń zwana żywą rozmową.
W prawdziwym życiu człowiek się zacina. Nie kończy zdania. Wraca do tego samego słowa. Milczy. Czasem przeklnie pod nosem. Czasem chciałby powiedzieć coś zupełnie innego, ale obecność drugiego człowieka mu na to nie pozwala.
Właśnie w tych niedoskonałościach często pojawia się emocja.
Tymczasem część bohaterów mówi tak, jakby już wiedziała, że każde wypowiedziane przez nich zdanie za sto lat znajdzie się w szkolnym podręczniku.
Dostojność ma jednak swoją cenę.
Można być tak bardzo dostojnym, że przestaje się być żywym.
Gdzie w „Lalce” podział się człowiek?
I tutaj dochodzę do czegoś, co interesuje mnie bardziej jako terapeutę niż jako widza.
Więź potrzebuje czasu.
Nie da się jej wyprodukować scenografią. Nie zastąpi jej kostium. Nie można obsadzić w jej roli znanego aktora.
Nie wystarczy powiedzieć widzowi, że Wokulski kocha Izabelę.
Chciałbym to poczuć.
Nie wystarczy pokazać, że cierpi. Chciałbym zobaczyć, jak rodzi się jego pragnienie, jak rośnie i jak stopniowo zaczyna wpływać na kolejne decyzje.
Gdzie kończy się zachwyt, a zaczyna obsesyjne zauroczenie?
W którym momencie potrzeba bycia zauważonym przez drugiego człowieka zaczyna organizować całe życie?
To właśnie tam Wokulski robi się dla mnie naprawdę interesujący.
W kinowej wersji są chwile, kiedy emocje wychodzą spod warstwy kostiumu i monumentalnej scenografii. Człowiek pochyla się wtedy do przodu i myśli:
„O. Jesteśmy.”
Tyle że za chwilę trzeba już opowiedzieć kolejny fragment ogromnej powieści.
„Lalka” nie chce wejść do windy
I być może właśnie tutaj leży zasadniczy problem.
„Lalka” nie jest historią, którą łatwo skrócić.
Prus pisał świat.
Nie synopsis.
Pisał ludzi pobocznych, interesy, sklepy, biedę, arystokrację, handel, pieniądze, ambicję, Paryż, Warszawę, polityczne resztki romantyzmu, pozytywistyczne marzenia, samotność Rzeckiego i pragnienia Wokulskiego.
Jeżeli próbuje się ten świat zmieścić w jednym filmie, przypomina to pakowanie starego mieszczańskiego kredensu do współczesnej windy.
Można odkręcić nogi. Zdjąć drzwiczki. Wyjąć półki.
Tylko po pewnym czasie człowiek zaczyna się zastanawiać, czy nadal przewozi kredens.
Czy może już tylko jego części.
I w tym miejscu „Lalka” przestaje być wyłącznie historią o ekranizacji Prusa.
Zaczyna być historią o nas.
Czy jeszcze umiemy słuchać długich historii?
Żyjemy w epoce skrótu.
Rolki. Shortsy. Nagłówek. Pięć rzeczy, które musisz wiedzieć. Trzy sygnały toksycznego związku. Siedem sposobów na szczęście.
Film przyspieszony do ×1,5, bo przecież można zaoszczędzić kilkanaście minut życia, żeby później przez czterdzieści minut przewijać telefon.
Coraz więcej treści konkuruje o tę samą uwagę.
Szybciej. Więcej. Mocniej.
Znane twarze. Kolejna scena. Następny wątek.
Nie pozwól widzowi się nudzić.
Tylko że nuda i cisza nie zawsze są błędem.
Czasami są przestrzenią, w której dopiero może powstać relacja.
Kiedy prowadzę terapię, nie próbuję zmieścić w jednej godzinie wszystkich narzędzi, które znam. Można byłoby przecież zaproponować jeszcze jedno ćwiczenie, kolejną technikę, psychoedukację, pracę z emocjami i zadanie na później.
Pacjent mógłby wyjść z gabinetu wyposażony niczym wagon towarowy.
Tylko czy coś naprawdę zdążyłby przeżyć?
Nadmiar doświadczeń nie oznacza głębi doświadczenia.
Czasami jest dokładnie odwrotnie.
Przebodźcowanie nie musi być kolorowe
Kiedy słyszymy słowo „przebodźcowanie”, wyobrażamy sobie zwykle TikToka, migające reklamy, smartfon, muzykę i powiadomienia.
Tymczasem przeciążenie może wyglądać również bardzo elegancko.
Może składać się z nazwisk, talentu, pięknych kadrów, historycznych detali, scenografii, kostiumów oraz kolejnych ważnych bohaterów.
Przebodźcowanie nie oznacza przecież, że coś jest tandetne.
Nadmiar może być niezwykle kosztowny i wysmakowany.
Problem pojawia się wtedy, kiedy kolejne elementy nie dostają już wystarczająco dużo miejsca, żebyśmy mogli je naprawdę zauważyć, zapamiętać i emocjonalnie uporządkować.
Właśnie takie miałem chwilami doświadczenie podczas „Lalki”.
Widziałem bardzo dużo.
Czułem znacznie mniej.
Wąsowska powinna wejść i zmienić temperaturę w pokoju
Dobrym przykładem jest Kazimiera Wąsowska.
To postać, która powinna wnosić ze sobą energię, niezależność, seksualność i pewną niebezpieczną swobodę.
W filmie gra ją Maria Dębska. W serialowej „Lalce” Netflixa — Magdalena Cielecka.
I właśnie tutaj szczególnie mocno odczułem różnicę między obiema interpretacjami.
Nie chodzi o rozstrzyganie, kto jest „lepszym aktorem”. Interesuje mnie coś innego: energia postaci.
W serialowej interpretacji Wąsowska ma w sobie siłę, przez którą człowiek rozumie, dlaczego ktoś może się odwrócić, zainteresować, zaniepokoić.
W kinowej wersji tej temperatury zabrakło mi bardziej.
A przecież w historii o pożądaniu, obsesji, pieniądzach i społecznej grze temperatura bywa równie ważna jak kostium.
Netflix był pierwszy. A pierwsze doświadczenie zostaje w głowie
Jest jeszcze jeden element, którego nie potrafię całkowicie oddzielić od własnego odbioru filmu.
Serial Netflixa pojawił się 16 września. Kinowa „Lalka” weszła do polskich kin 30 września.
Zaledwie dwa tygodnie różnicy.
A jednak wystarczająco dużo, żeby powstał punkt odniesienia.
Kiedy wcześniej zobaczyłem serialowe twarze bohaterów, sposób prowadzenia relacji i język tego świata, kolejna ekranizacja nie spotkała już pustej kartki.
Porównywałem.
I chyba każdy z nas robi to częściej, niż mu się wydaje.
Nowe doświadczenie niemal zawsze spotyka poprzednie doświadczenie.
Pierwszą miłość. Pierwszego terapeutę. Pierwszy samochód. Pierwsze mieszkanie.
Pierwszą ekranizację.
Dlatego czasami mówimy:
„Obiektywnie wszystko się zgadza, ale tamto bardziej czułem”.
Netflix zdążył pierwszy zamieszkać mi w głowie.
Kinowa „Lalka” musiała już konkurować z lokatorem.
Film, z którego mogłem wyjść
Najbardziej interesujące było jednak coś innego.
W pewnym momencie pomyślałem, że mógłbym wyjść z kina.
Po godzinie. Po półtorej. Może później.
I prawdopodobnie nie czułbym wielkiego żalu.
Nie dlatego, że film jest fatalny.
Właśnie to jest ciekawe.
Jest zrealizowany z rozmachem. Ma znakomitych aktorów. Ma Prusa. Ma kostiumy, scenografię i wielką produkcję.
A mimo to nie zbudował ze mną więzi wystarczającej, żebym bał się utracić następne piętnaście minut.
W relacjach międzyludzkich czasem dzieje się coś podobnego.
Można mieszkać razem. Jeść razem. Spać razem. Jeździć na wakacje. Mieć wspólne zdjęcia.
I od dawna naprawdę się nie spotykać.
Można też spełnić niemal wszystkie formalne warunki wielkiej ekranizacji.
I nie spotkać widza.
Czy wszystko naprawdę trzeba skracać?
Może więc największy problem nie dotyczy wyłącznie tego filmu.
Może dotyczy trochę nas wszystkich.
Coraz częściej próbujemy zrobić z życia rolkę.
Ze związku — pięć czerwonych flag.
Z terapii — trzy techniki.
Z książki Prusa — streszczenie.
Z emocji — emotikon.
Z człowieka — profil.
Chcemy wiedzieć szybciej, rozumieć szybciej, kochać szybciej, zmieniać się szybciej.
I jeszcze mieć czas na następny odcinek.
Tylko pewnych rzeczy naprawdę nie da się opowiedzieć w dwóch zdaniach.
Nie da się w dwóch zdaniach wyjaśnić, dlaczego człowiek przez trzydzieści lat wybiera niedostępnych partnerów.
Nie da się szybko pokazać, jak pragnienie akceptacji zaczyna organizować całe życie.
Nie da się streścić samotności Rzeckiego.
Nie da się zrobić fast foodu z Prusa i oczekiwać smaku wielogodzinnego obiadu.
Można próbować.
Ale nawet najlepsze składniki nie gwarantują wtedy, że poczujemy sytość.
Może nie potrzeba jedenastu Lewandowskich
Kinowa „Lalka” prawdopodobnie nie stanie się dla mnie filmem, do którego za dziesięć lat będę wracał z drżeniem.
Nie sądzę też, żebyśmy właśnie dostali ekranizację, która przesłoni wszystkie poprzednie.
Być może przeminie.
Może nawet — skoro już jesteśmy w epoce klasycznych tytułów — przeminie z wiatrem szybciej, niż życzyliby sobie jej twórcy.
Zostawiła mi jednak jedno ciekawe pytanie.
Czy przypadkiem nie robimy dziś coraz częściej tego samego ze swoim życiem?
Dokładamy kolejne doświadczenie, kolejnego człowieka, kolejną podróż, kolejne urządzenie, kolejny kurs, kolejną platformę, kolejną gwiazdę.
A później siedzimy pośród tego bogactwa jak w ciemnym salonie Łęckich i dziwimy się, dlaczego nadal czegoś brakuje.
Może czasem nie potrzeba jedenastu Lewandowskich.
Może potrzeba jednego człowieka, za którym naprawdę chcemy patrzeć.
Jednej historii, której pozwolimy się wydarzyć.
Jednej rozmowy bez zerkania w telefon.
Jednej emocji, której nie zagłuszymy następną.
Bo więź — z filmem, książką, partnerem, pacjentem i samym sobą — potrzebuje nie tylko bodźca.
Potrzebuje miejsca.
Czasu.
Ciszy.
I tej staromodnej rzeczy, która w świecie krótkiej frazy staje się coraz większym luksusem:
uwagi.


























































